trip report 750mg DXM HBr - 3 plateau
Posted in psychedelic experiences on kwiecień 4th, 2008Substancja: bromowodorek dekstrometorfanu (DXM HBr)
Dawka: 750mg (50 tabletek x 15mg) na 85kg masy ciała; 8.8mg/kg m. c.
Dawkowanie: garść tabletek co jakieś 2 minuty
Doświadczenie: narkoza, thc, dmh, dxm
Set&settings: wtorek, własny pokój, lat 17, rodzice w pomieszczeniu obok, podenerwowanie lekkie, stan psychiki całkiem ok, nastawienie trochę niepewne, następnego dnia pobudka przed 6. rano i marsz do szkoły
Wstając rano owego pamiętnego dnia nie przypuszczałem, że za niecałe kilkanaście godzin będę spożywał prawie dwukrotną śmiertelną dawkę leku na kaszel
Czas upływał męcząco powoli, gdy czekałem na nadejście „godziny W”, która była ustalona na 21:00. Czas wypełniałem odliczaniem i wyciskaniem tabletek z listków, oraz słuchaniem muzyki i oglądaniem Las Vegas Parano, co by poczuć klimat człowieka biorącego psychodeliki
Około 21:30, udałem się do kuchni po połówkę cytryny i kubek. Ojcu powiedziałem, że kiepsko się czuję i kładę się spać. Cytrynę wycisnąłem do kubka, zalałem wodą mineralną. Jeszcze szybko zdjąłem z siebie ubrania, żeby nie mieć z tym problemu później, w razie czego i zacząłem łykanie. Po kilkunastu minutach pojawiły się pierwsze efekty mocnego przedawkowania lekarstwa, czyli dokładnie tego o co mi chodziło
Drgawki były tak silne, że ledwo byłem w stanie pisać na klawiaturze. Gdyby moi rodzice mnie w tym momencie zobaczyli, na pewno pomyśleliby, że dostałem ataku epilepsji albo czegoś jeszcze gorszego
Było trochę śmiechu z rozmów na gadu, między innymi z P. Naprędce ułożyłem play listę, na której znalazły się niezbędne do podróżowania zespoły: Pink Floyd, The Doors, Jimi Hendrix. Po chwili, gotowy do zwiedzania najdziwniejszych zakamarków mojej psyche, ułożyłem się wygodnie na łóżku. P. była ze mną jeszcze przez kilkanaście minut, po czym postanowiła zostawić w spokoju komputer, gdyż jej trip już się rozkręcał i przybierał na mocy. I tak o to słuchając muzyki czekałem, aż przyjdzie kolej na mnie. Z tego co pamiętam była godzina ok. 23:00-23:30. Drgawki nie ustawały. Jak to następnego dnia ujęła P. „musiało to wyglądać, jakby się ktoś ruchał pod tą kołdrą”
Od wzięcia tabletek minęło już prawie 2 godziny, a ja ciągle nic nie czułem prócz tych drgawek. Wiedziałem, że ten długi czas loadingu zawdzięczam sytej kolacji, jaką mama zrobiła mi kilka godzin wcześniej.
Gdy Deksowy Świat zaatakował, była godzina jakoś 0:15-0:30. Obraz przed oczami bardzo mocno mi się rozmazywał i poruszał. Powoli zaczynałem odczuwać dysocjację, muzyka brzmiała coraz piękniej i ciekawiej. Wydawało mi się, że wydobywa się ona prosto z wnętrza mojej głowy. Zamknąłem oczy i odczuwając unikalny deksowy błogostan wtuliłem głowę w poduszkę, dając się ponieść muzyce. Poczułem, że moje łóżko zaczyna się poruszać. Tak jakby zaczęło wyjeżdżać z pokoju, wyjechało i pędziło coraz szybciej i szybciej. Gdy otworzyłem oczy, bardzo zdziwiłem się, gdy zauważyłem, że ciągle znajduję się w swoim własnym domu. Działanie dysocjantu było już bardzo wyraźnie wyczuwalne. Zamknąłem oczy ponownie. Dysocjacja sprawiała, że nie czułem swojego ciała, obecności we własnym pokoju, łóżku i po zamknięciu oczu byłem obecny tylko i wyłącznie w swoim umyśle, moim światem stawały się wizje pojawiające się pod zamkniętymi powiekami. Pierwszym co zauważyłem był średniowieczny zamek nocą. Widok bardzo dziwny, tym bardziej, że w mgnieniu oka zamek zamienił się w ogromny budynek, jakby jakąś wielką rezydencję. W jej oknach paliły się światła. Powoli oddalałem się od budynku, dzięki czemu mogłem zauważyć, że znajduje się on w gęstym i wysokim lesie iglastym. Znajdowałem się coraz dalej od budynku, coraz bardziej zagłębiałem się w las, drzewa w świetle księżyca mijałem z bardzo dużą prędkością, aż w końcu budynek zniknął z pola widzenia, a ja zostałem całkowicie otoczony przez las, niemalże fizycznie czując jego obecność tu i teraz. I wtedy otworzyłem oczy. Z powrotem znalazłem się w swoim własnym łóżku. Najśmieszniejsze było to, że teoretycznie wcale nie czułem swojego ciała, ale dysocjacja sprawiała, że czułem jak połówki rozkładanej kanapy, na której leżałem, podnoszą się do góry (w kształt litery V) i opadają (łóżko w kształt litery A). Było to bardzo dziwne i ciekawe uczucie
Niesamowicie brzmiąca muzyka zachęcała mnie do ponownego zamknięcia oczu i doświadczania CEV’ów. Ten jeden, który miał teraz nastąpić, był czymś jakby deja vu. Dlaczego? Bo jedna osoba opowiadała mi już o bardzo podobnej wizji, której doświadczyła będąc w deksowym świecie. Widziałem planetę, która przypominała bardzo Ziemię. Unosiłem się wysoko nad nią i obserwowałem ją z przestrzeni kosmicznej. Morza były granatowe, a kontynenty brunatne. Zacząłem powoli opadać ku tej planecie tak, że widziałem bardzo wyraźnie kontynent do złudzenia przypominający Europę. Nagle na jego powierzchni pojawiły się żółte linie symbolizujące granice państw. Dxm’owy świat, jak zwykle, sprawiał wrażenie, że wszystko jest w nim jasne, prawdziwe i oczywiste. Otworzyłem oczy, spojrzałem na pokój… Gałki oczne były mocno zdesynchronizowane, musiałem zamknąć jedno oko, żeby nie widzieć podwójnie. Na radiobudziku była wyświetlona wielkimi, czerwonymi i ruszającymi się cyframi godzina ok. 1:30. Nie mogłem uwierzyć, że jest tak wcześnie. Pod wpływem dekstrometorfanu minuty zawsze płyną, jak godziny. Znowu zamknąłem oczy i znajdowałem się tuż nad powierzchnią planety, którą wcześniej widziałem, tuż nad jakąś górą z drzewem na szczycie, tuż nad jakąś wyspą. Zacząłem się unosić coraz wyżej w górę, w przestrzeń kosmiczną, aż widziałem Ziemię oraz Słońce w całej okazałości. Widok zapierający dech w piersiach. W tym momencie pomyślałem sobie, jakby to było, gdybym nagle spadł z powrotem na Ziemię… i za chwilę leciałem w dół, by to sprawdzić
Gdy w końcu dotknąłem stopami ziemi (wcale nie czując upadku) zobaczyłem bardzo dziwny krajobraz, niczym z starej trójwymiarowej gry komputerowej… Sucha ziemia, wyschnięte martwe drzewa bez liści… Wszystko nagle pokryło się śniegiem i CEV się skończył tak jakby. Postanowiłem ściągnąć słuchawki, aby na chwilę chociaż trochę powrócić do rzeczywistości. Próbowałem wstać z łóżka. Gdy w końcu udało mi się dokonać tego heroicznego czynu, stojąc tak czułem się totalnie skołowany i sztywny niczym posąg. Stwierdziłem, że próba poruszania się w tym stanie po pokoju mogłaby się skończyć tragicznie, nieprzyjemnie, a w najlepszym wypadku miałbym niepotrzebny przypał z kochanymi rodzicami
Prędko więc wróciłem do łóżka i z trudem obsługując laptopa (jedno oko trzeba było trzymać zamknięte ciągle) znowu puściłem muzykę. Pojawiały się kolejne CEV’y: widziałem las tak ciemny, że tylko korony najwyższych drzew wyróżniały się na tle rozgwieżdżonego nieba. Stałem (!) na pionowej ścianie klifu, w środku pomiędzy krawędzią i morzem. Chciałem dostać się do tej krawędzi i się jej złapać, co mi się udało, gdyż mogłem latać (don’t worry, don’t cry, take aco and fly)
Później przestałem się interesować CEV’ami, gdyż wtedy większość z nich wydawała mi się totalnie bez ładu i składu. Otworzyłem więc oczy i postanowiłem poprawić sobie pościel, co z wiadomych względów było bardzo trudnym przedsięwzięciem. Wszystko co robiło moje ciało, robiło automatycznie, tak że nie kontrolowałem dokładnie ruchów, które wykonywałem. W słuchawkach nagle usłyszałem Hey Joe Jimiego Hendrixa i w tym momencie jakoś straciłem chęć na dalsze słuchanie muzyki. Poza tym byłem już trochę nią zmęczony. Na radiobudziku odnotowałem godzinę 3:00. Znowu postanowiłem wstać z łóżka i znowu nie byłem w stanie się poruszać (a właściwie nie miałem ochoty), zrobiłem może z 2 kroki trzymając się stołu i wróciłem do łóżka. Chciałem już z powrotem założyć słuchawki, lecz nagle usłyszałem otwierające się drzwi od pokoju rodziców i otwierające się drzwi łazienki! Wpadłem w panikę. Chciałem schować laptop i słuchawki pod kołdrę, lecz nie wiedziałem jak. Strach zaczął się potęgować, nie wiem… coś jak bad trip? Chociaż może nie dosłownie, to był taki trzeźwy strach. Bałem się poruszyć, aby tylko rodzice nie weszli do pokoju. Leżałem tak sztywno na boku przez kilka minut i wreszcie zacząłem się zastanawiać, czy to nie były jakieś omamy dźwiękowe, które sobie sam wkręciłem. Pomyślałem sobie, że moi rodzice o tej porze ZAWSZE śpią jak zabici i nie chodzą do toalety po 3 w nocy. Dodatkowo podobną historię miałem, gdy ostatnim razem podróżowałem w łóżku. Postanowiłem pochodzić chwilę po pokoju i tu nagle to, czego obawiałem się najbardziej: dźwięk otwieranych drzwi od pokoju rodziców. Bardzo mnie to już wszystko męczyło, więc bez względu na ryzyko postanowiłem podnieść się z łóżka, odłożyć laptop na biurko, po drodze się nie zabić i wrócić do łóżka. Jedynym czego teraz pragnąłem był sen. Jednak to nie było takie proste. Leżałem bezmyślnie próbując zasnąć, niestety bezskutecznie. I tak mi upływał czas aż do godziny 5 rano. Zaburzenia wzroku były już tak silne, że wszystko w około się poruszało – budzik skakał na wszystkie strony, żyrandole się rozmnożyły. Nie wiem czy to była wina zeza i poruszania się gałek ocznych, czy może jakieś dziwne OEV’y. W każdym razie byłem zbyt zmęczony psychicznie, aby się nad tym zastanawiać. O 5 rano udało mi się na godzinę zasnąć, po czym musiałem wstawać i szykować się do szkoły. Ojciec mnie obudził mnie jeszcze na totalnej bani, po czym poszedł robić śniadanie. Próbowałem zachowywać się jak zazwyczaj, jednak to że rozmawiałem z ojcem jeszcze naćpany dosyć mocno, bardzo mnie bawiło
Droga do szkoły była inna niż zawsze. Zez ciągle się utrzymywał. Szedłem jak robot, na szczęście jakoś w miarę prosto. W autobusie spotkałem znajomych również udających się do szkoły i wydawało mi się, że oni wiedzą o wszystkim i śmieją się z mojego naćpania, więc tylko się przywitałem i usiadłem kilka miejsc dalej, przeżywając mistyczną podróż autobusem
W szkole było nie mniej mistycznie, ciągle czułem działanie aco, jednak teraz już powoli zjeżdżające na szczęście. Twarze wszystkich znajomych wydawały mi się trochę nie do poznania. Wzrok był w bardzo kiepskim stanie, jak to po 3 plateau… Jeden z ciekawszych dni w szkole generalnie
W domu do wieczora mocno było czuć zjazd. Piękne uczucie. Wieczorem siedziałem i rozmawiałem z P. o przeżyciach sprzed kilkunastu godzin… W słuchawkach muzyka Dżemu – List do M. nigdy nie brzmiał tak pięknie, poczułem się naprawdę szczęśliwy, że mogłem przeżyć takiego tripa jak wczoraj i że zjazd trzymał mnie mocno jeszcze kilkanaście godzin po zejściu tripa. Jednak to nie był koniec tego wszystkiego… Gdy tylko położyłem się wykończony do łóżka, marząc o kilkunastogodzinnym śnie, zgasiłem światło, zacząłem się wpatrywać w firankę i zastanawiać czy wczoraj miałem OEV’y… To co się wtedy stało, przerosło moje najśmielsze oczekiwania i trochę mnie przeraziło! Z początku firanka delikatnie falowała i poruszała się nie znacznie. Jednak w miarę wpatrywania się w nią wszystko w około zaczynało się trząść i wirować! Firanka się rozdwajała i widać było, że jej wzory się zmieniają! Wyglądało mi to na porządne prawdziwe halucynacje! Czułem się jakbym ciągle był pod silnym działaniem DXM! Ale te halucynacje były silniejsze niż jakiekolwiek wcześniejsze OEV’y jakich doświadczyłem. Jeszcze nie brałem kwasa, ale to skojarzyło mi się właśnie z nim. Poczułem nagłą gorączkę w głowie w miarę jak OEV’y się rozkręcały. Przybierała ona na sile (wszystko wokół mnie już wirowało i się trzęsło), aż w końcu przerodziła się w nieznośny ból i strach przed śmiercią. Bałem się, że zmieszałem DXM z jakimś lekami i za chwilę mój mózg się spali :/ Tak to dosłownie odczuwałem – ogromna gorączka w głowie. Nagle poderwałem się z łóżka i zacząłem się wpatrywać w podłogę, która też zaczynała wirować i pojawiały się na niej psychodeliczne wzorki! Głowa na szczęście przestawała boleć i nagle pomyślałem o tym, żeby zapalić światło. I pomogło! Wszystko się skończyło! Nagle przestraszony chwyciłem komputer i dzięki bogu P. była online. Powiedziałem jej o wszystkim sam będąc jeszcze śmiertelnie przestraszonym, że faza mi do tej pory nie zeszła, a nawet stała się silniejsza. Ta mnie uspokoiła mówiąc, że również miała różne dziwne efekty uboczne brania Aco. Gdy P. poszła spać, uspokojony rozmową z kimś, trochę mniej już się bałem, a nawet uznałem to, za bardzo ciekawe doświadczenie. Nigdy jeszcze nie miałem takich OEV’ów! Puściłem sobie więc Pink Floyd i zgasiłem światło… i podziwiałem psychodeliczne wzorki tańczące na moich firankach
Wyglądało to kosmicznie. Wzrok dziwnie mi skakał w ciemności, jak w telewizorze z niedostrojonym v-sync. Meble się wykrzywiały we wszystkie strony, kubek stojący na stole powiększył się do rozmiarów wiadra! Wszystko się kiwało jak szalone! Trwało to przez jakieś 20 min i powoli słabło, aż w końcu pozostało tylko to skakanie i liche OEV’y przy długim wpatrywaniu się w jedno miejsce długi czas. I tak o to skończył się najciekawszy trip w moim życiu
Od tego czasu minęło już 9 dni i ciągle czuję lekkie zaburzenia wzroku, takie dziwne deksowe spojrzenie w nocy, trochę mniej zauważalne w dzień
Ciemność już nigdy nie będzie tylko ciemnością, nawet zwykła wędrówka ulicą miasta wieczorem nabrała magii od czasu, gdy pierwszy raz spróbowałem DXM… A było to stosunkowo niedawno temu, trochę ponad miesiąc. Pierwszy raz – 360mg (słabe 2 plateau), po tygodniu drugi raz – 450mg (2 plateau na imprezie) i nie minęły 3 tygodnie jak doświadczyłem właśnie tego tripu! Teraz przyszła chwila refleksji i zastanowienia się nad motywami, które mną kierują popychając mnie do odkrywania deksowego świata… Z pewnością teraz przyda się kilka tygodni abstynencji (do majówki) i dobre przygotowanie do następnego tripu – może 900mg + muzyka Shpongle + piknik na łonie natury?